top of page

Chłopiec i jego Echo… echo… echo

3 dni temu
6 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 2 dni temu


Był sobie chłopiec, który nie urodził się sam.

Razem z nim przyszło na świat Echo.

Nie było jego bratem ani siostrą. Nie miało rąk, nóg ani oczu. Nikt nie mógł go zobaczyć. Miało jednak głos.

Kiedy chłopiec po raz pierwszy zapłakał, Echo odpowiedziało mu dokładnie takim samym płaczem.

Wszyscy usłyszeli więc dwa krzyki.

Położna zajrzała za parawan. Tata zrobił wielkie oczy. Mama spojrzała na dziecko z niedowierzaniem.

— To tylko echo — powiedziała położna.

Miała rację.

Nie wiedziała jedynie, że było to Echo należące wyłącznie do chłopca.

Tamten drugi płacz był pierwszym i ostatnim dźwiękiem Echa, który usłyszeli inni ludzie. Musiało przecież, jak każdy nowo narodzony, oznajmić światu swoje przybycie.

Potem schowało się w chłopcu.

Od tej chwili słyszał je tylko on.


Chłopiec i Echo byli dokładnie w tym samym wieku.

Razem uczyli się siadać, chodzić i poznawać świat. Razem obchodzili urodziny, choć świeczki na torcie zdmuchiwał tylko chłopiec.

Na początku Echo było maleńkie i bardzo ciche. Potrafiło powtórzyć jedynie grzechotanie zabawki, głos mamy i melodię kołysanki. Chłopcu nawet się to podobało. Mama mówiła „a kuku” raz, a on słyszał to jeszcze dwa razy: „a kuku… a kuku...” i dwa razy się śmiał.

W miarę jak chłopiec rósł, rosło również Echo.

Kiedy nauczył się chodzić, Echo nauczyło się powtarzać dźwięki jego kroków. W przedszkolu Echo poznało trzaskanie drzwiami, głośne rozmowy i szuranie krzeseł. Powtarzało dźwięki coraz głośniej, więcej razy i przez coraz dłuższy czas.

Z czasem okazało się, że Echo potrafi zatrzymywać również zapachy.

Woń zupy nie zostawała więc w przedszkolnej jadalni. Zapach mokrych kurtek wychodził razem z chłopcem z szatni, a czyjeś mocne perfumy potrafiły siedzieć mu w nosie przez kilka godzin.

Im większe stawało się Echo, tym intensywniej chłopiec odczuwał zapachy i tym dłużej one w nim pozostawały.


Pod koniec ostatnich wakacji przed pierwszą klasą mama robiła przetwory. Na stole stały wiśnie, porzeczki, ogórki i całe szeregi pustych słoików.

— Po co wkłada się to wszystko do środka? — zapytał chłopiec.

— Żeby zamknąć lato w słoikach — odpowiedziała mama.

Skoro w słoiku można zamknąć lato, zapach wiśni i kwaśność ogórków, to może da się tam również schować dźwięk albo zapach, zanim dotrze do Echa?

Kilka dni później chłopiec rozpoczął pierwszą klasę.

Do tego czasu Echo było już wystarczająco duże, żeby dzwonić jak szkolny dzwonek, albo odbijać odgłosy zamykanych drzwi i głosy całego korytarza.

Dla innych dzieci dzwonek rozlegał się raz. Dla chłopca dzwonił ponownie w głowie, potem odbijał się gdzieś pod żebrami, a na koniec wracał jeszcze raz do uszu — trochę ciszej, lecz zupełnie niespodziewanie.

Krzesło przesunięte po podłodze skrzypiało długo po tym, gdy wszyscy już siedzieli. Gwizdek z sali gimnastycznej potrafił powrócić, kiedy chłopiec był już w klasie i uczył się pisać kolejną literę. Odgłos sztućców w stołówce wędrował za nim aż do domu.

Zapachy także stały się silniejsze. Woń mokrych ubrań mieszała się w szatni z zapachem pasty do podłogi. Aromat obiadu zostawał w nosie jeszcze podczas ostatniej lekcji, a czasami również później.


W pierwszym tygodniu szkoły chłopiec przypomniał sobie o słoikach mamy.

Następnego ranka schował do plecaka trzy puste.

Mały przeznaczył na szepty. Średni na przesuwane krzesła. Największy, ten po ogórkach, miał pomieścić dzwonek.

Tuż przed przerwą postawił największy słoik na ławce i odkręcił wieczko.

Dzwonek zabrzmiał.

Chłopiec szybko zakręcił słoik.

Dźwięk okazał się bardzo szybki. Wpadł do słoika, ale częściowo zdążył dostać się do chłopca. Chłopiec poczuł ulgę, bo Echo powtórzyło dzwonek, ale ciszej.

A zakrętka słoika zadrżała.

To znaczyło, że przynajmniej część dzwonka udało się schwytać.

Z zapachami próbował postępować podobnie. Łapał je do papierowych i foliowych torebek, a potem starannie związywał sznurkiem.


Przez pierwsze tygodnie szkoły jego kolekcja rosła. Każdego dnia przynosił do domu nowe słoiki i związane torebki. Układał je pod łóżkiem, w szafce i za książkami.

Nie umiał jeszcze dobrze pisać, dlatego każdy pojemnik oznaczał prostym rysunkiem.

Na jednym słoiku narysował dzwonek i siedem kółek. Na drugim krzesło otoczone zygzakami. Na trzecim drzwi i dużą gwiazdę w miejscu, w którym uderzały o framugę.

Na torebkach pojawiły się miska z unoszącymi się nad nią kreskami, para mokrych butów oraz niewielka butelka przekreślona wielkim krzyżykiem.

Dla każdego dorosłego byłyby to zapewne puste słoiki i torby pełne powietrza. Chłopiec widział w nich coś zupełnie innego. Niektóre zakrętki podskakiwały. Inne naczynia cicho brzęczały. Torebki z zapachami pęczniały, jakby próbowały nabrać powietrza.

Im więcej świata chował w swoim pokoju, tym łatwiej było mu uwierzyć, że nad nim panuje.


Pewnego wrześniowego popołudnia mama otworzyła kuchenną szafkę. Znalazła w niej tylko jedną samotną zakrętkę.

— Gdzie są wszystkie słoiki? — zawołała.

Chłopiec nie odpowiedział.

— Było ich tu co najmniej kilkanaście. Duże, małe, okrągłe…

Chłopiec przyszedł do kuchni. Przez chwilę patrzył na mamę, jakby próbował zdecydować, czy zdoła jej to wszystko wyjaśnić.

Nie zdołał.

Wziął ją więc za rękę.

— Chodź.

Zaprowadził mamę do swojego pokoju, zamknął drzwi i uklęknął przy łóżku.

— Tylko niczego nie otwieraj — uprzedził i wskazał mamie swoją całą kolekcję pod łóżkiem.

Mama usiadła i zaczęła przyglądać się narysowanym znakom.

Wskazała słoik z dzwonkiem i siedmioma kółkami.

— To jest szkolny dzwonek?

Chłopiec skinął głową.

— A te kółka?

— Jedno jest dzwonka. Pozostałe są Echa.

Potem mama podniosła torebkę z rysunkiem miski.

— Zupa?

— Wczorajsza. Nadal pachnie.

— Jak długo będzie pachniała?

— Może do jutra. Chyba że dzisiaj będzie ryba. Wtedy wszystko się pomiesza.

Mama sięgnęła po torebkę z przekreśloną butelką.

— A tutaj?

— To perfumy pani nauczycielki. Tego lepiej nie otwieraj.

Cofnęła dłoń.

— Dlaczego wcześniej mi ich nie pokazałeś?

Chłopiec wzruszył ramionami.

Jak miał wytłumaczyć mamie, że to, co dla niej już minęło, w nim wciąż jeszcze trwało? Nie miał na to słów. Miał tylko słoiki.

Mama rozejrzała się po całej kolekcji. Nie słyszała brzęczenia zamkniętego dzwonka. Nie czuła zapachu wczorajszej zupy. Widziała jedynie puste naczynia, związane torby i swojego syna, który każdego dnia próbował pomieścić w nich zbyt wielki kawałek świata.

Nie zrozumiała wszystkiego. Zrozumiała jednak to, co najważniejsze: chłopiec nie wymyślał i nie przesadzał. Ten sam świat docierał do niego inaczej niż do pozostałych ludzi.

Zrozumiała również, że wyjątkowość nie zawsze jest łatwa. Czasem pozwala zauważyć więcej, a czasem sprawia, że zwykły dzień staje się zbyt przytłaczający.


Mama policzyła słoiki.

— Mamy dwa poważne problemy — oznajmiła.

— Jakie?

— Ty masz za dużo dźwięków, a ja nie mam do czego włożyć ogórków.

Chłopiec uśmiechnął się.

— Nie lubię zapachu ogórków

— W takim razie problem z ogórkami właśnie się rozwiązał.

— A drugi?

Mama spojrzała na słoiki i torby.

— Z drugim nie uporamy się od razu. Ale coś wymyślimy.

Jeszcze w tym samym tygodniu kupiła mu słuchawki wyciszające. Były duże, miękkie i granatowe. Nie grała w nich muzyka. Miały zatrzymywać część dźwięków, zanim zdążyły dotrzeć do Echa.

Chłopiec założył je podczas przerwy.

Dzwonek nadal zadzwonił, ale tym razem Echo dostało do powtórzenia tylko jego cichszą część. Krzesła wciąż skrzypiały, lecz ich odgłos nie wędrował za chłopcem aż do wieczora.

W plecaku zrobiło się luźniej. Nie musiał już nosić tylu słoików na dźwięki.

Z zapachami było trudniej.

— Czy macie coś podobnego na nos? — zapytała mama w sklepie.

Sprzedawca długo się zastanawiał, a potem przyniósł zacisk używany przez pływaków.

Chłopiec obejrzał go uważnie.

— To zatrzymuje wodę, nie zupę — zauważył.

Na nos nie znaleźli równie prostego sposobu. Chłopiec nadal łapał więc zapachy do torebek. Mimo wszystko było mu łatwiej. Łapanie samych zapachów wymagało mniej pracy niż jednoczesne łapanie zapachów i dźwięków.

Mama uznała, że potrzebują kogoś, kto naprawdę zna się na Echach.

Znalazła Panią, która znała się właśnie na takich Echach, jakie mieszkają w dzieciach.

Na pierwsze spotkanie chłopiec zabrał trzy najpełniejsze słoiki i dwie szczelnie związane torebki.

W gabinecie nie pachniało perfumami ani odświeżaczem powietrza. Krzesła miały miękkie podkładki i nie szurały po podłodze. Zegar nie tykał, lampa nie brzęczała, a drzwi zamknęły się bez trzasku.

Chłopiec rozejrzał się i pomyślał, że mama chyba znalazła właściwą osobę.

Pani przywitała się tylko raz. Potem spojrzała na ustawione przed nią słoiki.

— Który jest dzisiaj najpełniejszy? — zapytała.

Chłopiec wskazał największy.

Pani skinęła głową.

— W takim razie od niego zaczniemy.


Neuroatypowość, którą w bajce nazwałam ECHEM, to nie choroba, ale rodzaj odmienności. Układ nerwowy takich osób działa inaczej niż u osób neurotypowych, czyli takich, których rozwój i myślenie mieszczą się w przyjętych normach społecznych. Dzieci neuroatypowe często przemawiają do nas swoim zachowaniem: tym, jak się bawią, czego unikają, co rysują, gdzie się chowają, co układają w równych rzędach i kiedy nagle milkną. Czasem ten język mówi znacznie więcej niż odpowiedź na pytanie: „Co się stało?”

Warto więc patrzeć uważnie. Słoik, który nam wydaje się pusty, może być pełen świata, którego dziecko nie umie jeszcze opisać. Od takich dzieci na pewno możemy się sporo nauczyć: uważności, spokoju i ciszy.

Autor: A.K.

Komentarze


bottom of page